Chyba jednak zbyt mało znasz zimowe warunki jazdy rowerem. Śniegu i lodu są setki rodzajów, ta sama ścieżka dziś może być zupełnie inna niż wczoraj, choć pozornie nic się nie zmieniło, a jedynie w nocy były wahania temperatury i wilgotności. Do utrzymania równowagi na rowerze w zimie, zwłaszcza na grząskim śniegu, koleinach, lodzie potrzeba dużo miejsca. Nie jedziesz tam gdzie chcesz, jak po sznurku, tylko tam, gdzie chce i pozwala na to rower. Pod kołami opór zmienia się drastycznie, co chwilę. Masz plamę lodu, gdzie nie ma prawie żadnych oporów, a za chwilę wsysający śnieg (nawet pozornie ubity) działający jak hamulec, rozjeżdżający się na boki (raz bardziej w lewo, raz w prawo) i nie dający żadnych szans na jazdę po zamierzonej linii. Dlatego gdy ścieżka jest wąska, a po bokach śnieg po kolana, jazda często jest praktycznie niemożliwa i żadna technika tego nie zmieni. Pozostaje jeszcze kwestia dostarczania mocy na koło napędowe. Rower to nie motocykl terenowy, gdzie masz manetkę gazu i możesz w dowolnym momencie płynnie dostarczyć napęd. Jazda po śniegu na rowerze z prędkością pieszego (nawet po płaskim) wymaga często mocy jakiej trzeba przy 40 km/h po asfalcie albo i więcej ( i to dostarczanej dużo bardziej płynnie). Nawet jeśli jakąś ścieżką da się z największym wysiłkiem jechać te kilka kilometrów na godzinę, to dla mnie trochę mija się to z celem. Tak można pokonać kawałek (bo to dobry trening core i płynności pedałowania), ale ogólnie to jednak powinna być jazda, chociaż te kilkanaście kilometrów na godzinę. Wtedy wiem, że jadę rowerem.
Z tym brakiem możliwości jazdy jak po sznurku zimą wiąże się też ryzyko jazdy w gęstym ruchu. W lecie wielokrotnie jestem wyprzedzany przez samochody "na gazetę" i wielkiego stresu to we mnie nie rodzi, ale w zimie to co innego i uciekam w boczne uliczki, nawet jeśli mam jeździć ciągle w te same miejsca.